Co lubią dziennikarze?
2008-08-15 16:13:58
Aktualizacja: 2008-08-15 16:13:58
Równo 25 lat temu, w pierwszych dniach sierpniu 1983 roku, po raz pierwszy w życiu pojechałem do Jarocina. Miałem 16 lat i ten wyjazd naznaczył mnie do dzisiaj.
Nie mam cienia wątpliwości, że w życiu nie brałem udziału w czymś równie intensywnym. Pamiętam dosłownie każdą minutę. Czułem, że biorę udział w czymś wyjątkowo ważnym. Że później „świat nie będzie już taki sam”. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy kilka dni po festiwalu wertowałem rozmaite gazety – dzien-niki, tygodniki, miesięczniki, młodzieżowe, muzyczne i polityczne, i nic! Ani słowa.
Jeszcze ćwierć wieku temu dało się to wytłumaczyć. Wiadomo, czarna noc stanu wojennego, Jaru-zelski u władzy, czołgi na ulicach, cenzura itd. Można więc zrozumieć, że reżimowe media i „kon-cesjonowani dziennikarze” nie czuli potrzeby pisania o kilkunastu tysiącach niegroźnych psychopa-tów, którzy raz do roku spotykali się w odległej, dosyć anonimowej miejscowości, aby dokonać dziwacznego rytuału słuchania toksycznej muzyki. Taki właśnie był ton tych relacji, jeśli w ogóle był, bo niektóre redakcje raz na jakiś czas publikowały coś w tym stylu: że to margines, że to nie-ważne, że to idioci, że to nie ma nic wspólnego ze zdrową częścią społeczeństwa i należy to zby-wać z uśmiechem politowania. Z jednej strony muzyka rockowa była obcym kulturowo i politycz-nie imperialistycznym wynalazkiem. Z drugiej strony, istniała teoria wentyla, mówiąca, że lepiej aby rozwydrzona młodzież jeździła do Jarocina, niż chodziła na pielgrzymki do Częstochowy.
Re-lacji więc prawie nie było albo były w tonie szyderczo-olewczym. W radiu Jarocina oczywiście nie było. Trójka grała rocka, ale „koncesjonowanego”. Dezerter na listę Marka Niedźwieckiego nie trafiał. Raczej Budka Suflera, Perfect i Kombi. W telewizji też Jarocina nie było – i bardzo dobrze. Organizatorzy, w postaci np. Waltera Chełstowskiego, czuli, że festiwal powinien być w jakiejś mierze niewidoczny. W czasach wojny władzy ze społeczeństwem nic nie odbywało się bez zezwo-lenia. To coroczne pozwolenie było jakoś uzależnione od tego, że o festiwalu nie było głośno i nie wyrażano się o nim zbyt pozytywnie. Bo nawet jak się telewizja zjawiała, to wychodził z tego jakiś kataklizm. Pokazywano np. punkowców śpiących na ziemi w środku dnia, a w komentarzu poja-wiała się informacja, że na festiwalu są narkotyki (ciekawe skąd, bo tam nawet papierosów nie by-ło, nie wspominając o całkowitej prohibicji). Przekaz był jasny: ci, co leżą na ziemi, są kompletnie naćpani. I pewnie niedługo umrą, bo jedynym znanym wówczas z telewizji narkotykiem był kom-pot, czyli rodzima, samoróbna heroina. Potwornie niebezpieczna i uzależniająca.
Moja rodzina też w związku z tym uważała mnie za degenerata, narkomana i nieroba. Kwestia tego, czy ktoś jest zaangażowany w budowanie socjalistycznej ojczyzny, była podnoszona wyjątkowo często, żeby społeczeństwo wiedziało, przez kogo są te wszystkie problemy z zaopatrzeniem. Oczywiście, przez tych obiboków i degeneratów! Więc nawet lepiej, że tej telewizji raczej nie było. Konsekwencją tego jest jednak fakt, że Jarocin nie został udokumentowany. Wiele ważnych zespołów przepadło bez wieści i dzisiaj nie istnieje w muzycznym obiegu. Kawał historii polskiego rocka (moim zda-niem, najlepszy kawał) został w istocie amputowany. Przetrwała zaś Budka Suflera, Perfect i Kom-bi.
Po roku 1989 klimat wokół Jarocina mocno się zmienił, ale zmniejszył się też prestiż samego fe-stiwalu. Bo co to za bunt, kiedy wszystko wolno? Potem sam zostałem dziennikarzem i zacząłem jeździć na rozmaite festiwale. Siłą rzeczy spotykałem się tam z dziennikarzami starszymi ode mnie o dekadę albo dwie. Wtedy doznałem nieprzyjemnego olśnienia. Okazało się bowiem, że ta fatalna opinia, którą „cieszył się” festiwal w latach 80., to nie efekt wyłącznie politycznego zamówienia.
O wiele ważniejszy był tu, niestety, czynnik ludzki. Wiele bowiem zależało od samych dziennikarzy. A oni tego festiwalu nie lubili, nie rozumieli i się go po prostu potwornie bali. Nie było wtedy kon-kurencji pomiędzy gazetami, a dziennikarz (było ich bardzo niewielu) był świętą krową. Taki kon-cesjonowany 40-, 50-letni żurnalista lubił np. festiwal w Opolu albo w Sopocie. On tam jeździł w delegację, mieszkał w dobrym hotelu, wieczorem udawał się na koncert do amfiteatru, a potem na bankiety. Spotykał się ze znanymi piosenkarzami i „ocierał się” o wielkie gwiazdy: Marylę Rodo-wicz, Andrzeja Rosiewicza, Lucjana Kydryńskiego i Bożenę Walter. I to była, panie, kultura! Co jednak najważniejsze, on tę muzykę znał, rozumiał, wychował się na niej.
I teraz taki dziennikarz w garniturze z Vistuli miał jechać do tego chlewu? Bydła? Chamów? Degeneratów? Narkomanów? „Szatanistów”? Tam nie ma jak dojechać, nie ma hoteli, restauracji i bankietów, nie ma nawet loży VIP-owskiej ani nawet miejsc siedzących! Nie ma „kulturalnych artystów”, tylko debile śpiewający teksty w rodzaju: „jestem głupi, mam pierdolca, w uchu kolczyk, w dupie stolca”. Najgorsza jednak była ta publiczność, której się najzwyczajniej, po ludzku bali. Że ich zabiją, wypatroszą i zjedzą. Woleli w ogóle nie wychodzić z hotelu i pisali jakieś głodne kawałki, że to impreza dla debili i że nigdy więcej. W redakcjach nikt się na tym nie znał (rządzili raczej nieznający się na muzyce roc-kowej „polityczni”), więc przyznawano im rację. Nie pisano albo pisano teksty obelżywe. Ja tego nie wymyśliłem. Ci redaktorzy w prywatnych rozmowach „młodszemu koledze po piórze” mówili o tym otwartym tekstem (kiedyś to były czasy!)
Minęło ćwierć wieku, zmienił się ustrój i ład medialny. Wracam z Przystanku Woodstock (swoją drogą, absolutnie fantastycznego!), otwieram w poniedziałek gazety – i nic tam nie ma! Wydawa-łoby się, że przy tej profesjonalizacji i konkurencji między mediami niedostrzeżenie kilkusetty-sięcznego festiwalu, ważnego artystycznie, społecznie i wychowawczo, robionego przez osobę naj-popularniejszą i obdarzaną największą sympatią w Polsce, byłoby hańbą. A tu proszę! Czeski film. Pojawiają się, owszem, rzadkie opinie, że w sumie nie ma o czym pisać, bo nikogo nie zabili, że właściwie co roku to samo, że muzycznie festiwal się wyczerpał itd. Czyli że nic się nie zmieniło? Ano nie, bo dziennikarze nadal tego festiwalu nie lubią, nie rozumieją i się go boją. Boją się tego brudnego, śmierdzącego, pijanego tłumu psychopatów. Nie rozumieją tej agresywnej, szczeniackiej muzyki. Wolą pojechać na festiwal, gdzie będą bankiety i „kulturalni artyści”, o których można się będzie poocierać.
Wiem, o czym piszę, bo trzy lata temu byłem na Przystanku szefem biura prasowego i rzecznikiem Owsiaka, więc znam wszystkie te czerstwe tłumaczenia i wykręty, że nie mogą, są chorzy, w re-dakcji im tego nie puszczą, już się akredytowali gdzie indziej itd. Że Owsiak w sumie w kółko robi to samo i wreszcie ten najbardziej wpieniający, fałszywy argument, że festiwal jest słaby artystycz-nie. Wszystko po to, żeby przed czytelnikami, redakcją i samym sobą usprawiedliwić nieobecność. Nie wierzycie? Sami zobaczycie, jaką prasę będzie miała ulubiona impreza dziennikarzy, czyli my-słowicki Off Festival. Jest wielokrotnie mniejszy od Przystanku, ale pisać się o nim będzie wielo-krotnie więcej. Zobaczycie.
Robert Leszczyński - Goniec Polski
Nie mam cienia wątpliwości, że w życiu nie brałem udziału w czymś równie intensywnym. Pamiętam dosłownie każdą minutę. Czułem, że biorę udział w czymś wyjątkowo ważnym. Że później „świat nie będzie już taki sam”. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy kilka dni po festiwalu wertowałem rozmaite gazety – dzien-niki, tygodniki, miesięczniki, młodzieżowe, muzyczne i polityczne, i nic! Ani słowa.
Jeszcze ćwierć wieku temu dało się to wytłumaczyć. Wiadomo, czarna noc stanu wojennego, Jaru-zelski u władzy, czołgi na ulicach, cenzura itd. Można więc zrozumieć, że reżimowe media i „kon-cesjonowani dziennikarze” nie czuli potrzeby pisania o kilkunastu tysiącach niegroźnych psychopa-tów, którzy raz do roku spotykali się w odległej, dosyć anonimowej miejscowości, aby dokonać dziwacznego rytuału słuchania toksycznej muzyki. Taki właśnie był ton tych relacji, jeśli w ogóle był, bo niektóre redakcje raz na jakiś czas publikowały coś w tym stylu: że to margines, że to nie-ważne, że to idioci, że to nie ma nic wspólnego ze zdrową częścią społeczeństwa i należy to zby-wać z uśmiechem politowania. Z jednej strony muzyka rockowa była obcym kulturowo i politycz-nie imperialistycznym wynalazkiem. Z drugiej strony, istniała teoria wentyla, mówiąca, że lepiej aby rozwydrzona młodzież jeździła do Jarocina, niż chodziła na pielgrzymki do Częstochowy.
Re-lacji więc prawie nie było albo były w tonie szyderczo-olewczym. W radiu Jarocina oczywiście nie było. Trójka grała rocka, ale „koncesjonowanego”. Dezerter na listę Marka Niedźwieckiego nie trafiał. Raczej Budka Suflera, Perfect i Kombi. W telewizji też Jarocina nie było – i bardzo dobrze. Organizatorzy, w postaci np. Waltera Chełstowskiego, czuli, że festiwal powinien być w jakiejś mierze niewidoczny. W czasach wojny władzy ze społeczeństwem nic nie odbywało się bez zezwo-lenia. To coroczne pozwolenie było jakoś uzależnione od tego, że o festiwalu nie było głośno i nie wyrażano się o nim zbyt pozytywnie. Bo nawet jak się telewizja zjawiała, to wychodził z tego jakiś kataklizm. Pokazywano np. punkowców śpiących na ziemi w środku dnia, a w komentarzu poja-wiała się informacja, że na festiwalu są narkotyki (ciekawe skąd, bo tam nawet papierosów nie by-ło, nie wspominając o całkowitej prohibicji). Przekaz był jasny: ci, co leżą na ziemi, są kompletnie naćpani. I pewnie niedługo umrą, bo jedynym znanym wówczas z telewizji narkotykiem był kom-pot, czyli rodzima, samoróbna heroina. Potwornie niebezpieczna i uzależniająca.
Moja rodzina też w związku z tym uważała mnie za degenerata, narkomana i nieroba. Kwestia tego, czy ktoś jest zaangażowany w budowanie socjalistycznej ojczyzny, była podnoszona wyjątkowo często, żeby społeczeństwo wiedziało, przez kogo są te wszystkie problemy z zaopatrzeniem. Oczywiście, przez tych obiboków i degeneratów! Więc nawet lepiej, że tej telewizji raczej nie było. Konsekwencją tego jest jednak fakt, że Jarocin nie został udokumentowany. Wiele ważnych zespołów przepadło bez wieści i dzisiaj nie istnieje w muzycznym obiegu. Kawał historii polskiego rocka (moim zda-niem, najlepszy kawał) został w istocie amputowany. Przetrwała zaś Budka Suflera, Perfect i Kom-bi.
Po roku 1989 klimat wokół Jarocina mocno się zmienił, ale zmniejszył się też prestiż samego fe-stiwalu. Bo co to za bunt, kiedy wszystko wolno? Potem sam zostałem dziennikarzem i zacząłem jeździć na rozmaite festiwale. Siłą rzeczy spotykałem się tam z dziennikarzami starszymi ode mnie o dekadę albo dwie. Wtedy doznałem nieprzyjemnego olśnienia. Okazało się bowiem, że ta fatalna opinia, którą „cieszył się” festiwal w latach 80., to nie efekt wyłącznie politycznego zamówienia.
O wiele ważniejszy był tu, niestety, czynnik ludzki. Wiele bowiem zależało od samych dziennikarzy. A oni tego festiwalu nie lubili, nie rozumieli i się go po prostu potwornie bali. Nie było wtedy kon-kurencji pomiędzy gazetami, a dziennikarz (było ich bardzo niewielu) był świętą krową. Taki kon-cesjonowany 40-, 50-letni żurnalista lubił np. festiwal w Opolu albo w Sopocie. On tam jeździł w delegację, mieszkał w dobrym hotelu, wieczorem udawał się na koncert do amfiteatru, a potem na bankiety. Spotykał się ze znanymi piosenkarzami i „ocierał się” o wielkie gwiazdy: Marylę Rodo-wicz, Andrzeja Rosiewicza, Lucjana Kydryńskiego i Bożenę Walter. I to była, panie, kultura! Co jednak najważniejsze, on tę muzykę znał, rozumiał, wychował się na niej.
I teraz taki dziennikarz w garniturze z Vistuli miał jechać do tego chlewu? Bydła? Chamów? Degeneratów? Narkomanów? „Szatanistów”? Tam nie ma jak dojechać, nie ma hoteli, restauracji i bankietów, nie ma nawet loży VIP-owskiej ani nawet miejsc siedzących! Nie ma „kulturalnych artystów”, tylko debile śpiewający teksty w rodzaju: „jestem głupi, mam pierdolca, w uchu kolczyk, w dupie stolca”. Najgorsza jednak była ta publiczność, której się najzwyczajniej, po ludzku bali. Że ich zabiją, wypatroszą i zjedzą. Woleli w ogóle nie wychodzić z hotelu i pisali jakieś głodne kawałki, że to impreza dla debili i że nigdy więcej. W redakcjach nikt się na tym nie znał (rządzili raczej nieznający się na muzyce roc-kowej „polityczni”), więc przyznawano im rację. Nie pisano albo pisano teksty obelżywe. Ja tego nie wymyśliłem. Ci redaktorzy w prywatnych rozmowach „młodszemu koledze po piórze” mówili o tym otwartym tekstem (kiedyś to były czasy!)
Minęło ćwierć wieku, zmienił się ustrój i ład medialny. Wracam z Przystanku Woodstock (swoją drogą, absolutnie fantastycznego!), otwieram w poniedziałek gazety – i nic tam nie ma! Wydawa-łoby się, że przy tej profesjonalizacji i konkurencji między mediami niedostrzeżenie kilkusetty-sięcznego festiwalu, ważnego artystycznie, społecznie i wychowawczo, robionego przez osobę naj-popularniejszą i obdarzaną największą sympatią w Polsce, byłoby hańbą. A tu proszę! Czeski film. Pojawiają się, owszem, rzadkie opinie, że w sumie nie ma o czym pisać, bo nikogo nie zabili, że właściwie co roku to samo, że muzycznie festiwal się wyczerpał itd. Czyli że nic się nie zmieniło? Ano nie, bo dziennikarze nadal tego festiwalu nie lubią, nie rozumieją i się go boją. Boją się tego brudnego, śmierdzącego, pijanego tłumu psychopatów. Nie rozumieją tej agresywnej, szczeniackiej muzyki. Wolą pojechać na festiwal, gdzie będą bankiety i „kulturalni artyści”, o których można się będzie poocierać.
Wiem, o czym piszę, bo trzy lata temu byłem na Przystanku szefem biura prasowego i rzecznikiem Owsiaka, więc znam wszystkie te czerstwe tłumaczenia i wykręty, że nie mogą, są chorzy, w re-dakcji im tego nie puszczą, już się akredytowali gdzie indziej itd. Że Owsiak w sumie w kółko robi to samo i wreszcie ten najbardziej wpieniający, fałszywy argument, że festiwal jest słaby artystycz-nie. Wszystko po to, żeby przed czytelnikami, redakcją i samym sobą usprawiedliwić nieobecność. Nie wierzycie? Sami zobaczycie, jaką prasę będzie miała ulubiona impreza dziennikarzy, czyli my-słowicki Off Festival. Jest wielokrotnie mniejszy od Przystanku, ale pisać się o nim będzie wielo-krotnie więcej. Zobaczycie.
Robert Leszczyński - Goniec Polski
Dodaj do ulubionych
Startuj z nami
















Drukuj
Wyślij

Wasze komentarze
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.Brak komentarzy.