20.11.2008  
Goniec Polski
Chat - Goniec Polski
Chat
Forum - Goniec Polski
Forum
Blog - Goniec Polski
Blogi
Skrzynka e-mail
E-mail 2 GB
Login: Hasło:
Nie masz konta? Załóż je teraz!

Droga przez polskie piekło

2008-04-09 14:22:51
Aktualizacja: 2008-04-09 14:22:51
Droga przez polskie piekło

Ta książka jest niczym barokowa aria, w którą zapadamy się bez końca. Język snu służy Pilchowi do opisania współczesnego świata, którym rządzą wielkie trupy - pisze o nowej książce Jerzego Pilcha "Marsz Polonia" Andrzej Franaszek z "Tygodnika Powszechnego".

"Chór zmęczonych głosów unosi się nad Polską. (...) Nieraz mam wrażenie, że jest to jeden wszędobylski i nieustannie zmieniający charakteryzację solista. Płynnie obraca kierownicą taksówki, przychodzi zainstalować dekoder w telewizorze, mieszka piętro wyżej, pisze i rozsyła kilkudziesięciostronicowe epistoły, całymi dniami grzebie w internecie, jego nieruchoma sylwetka rysuje się za brudną szybą parterowego domu, stoi po drugiej stronie przejścia dla pieszych i nie rusza go zmiana świateł; jest przy mnie". Jeden akapit łączy okruchy gęsto rozsypane w nowej, arcydzielnej książce Jerzego Pilcha: muzyka i Polska, obsesje i mrok. I chyba jeszcze zły duch - nawet nie pokusy, ale beznadziei, znużenia, dusznego szaleństwa.

Bilans życia, jakiego może dokonać obchodzący 52. urodziny bohater powieści "Marsz Polonia", nie jest olśniewający. Kilka napisanych książek, wiele spotkanych kobiet - ale w rzeczywistości samotność; jeśli nawet nie rozpacz, to ból poskramiany erotyczną pogonią, a bardziej jeszcze żmudną dyscypliną pracy, zapisywaniem, które pozwala jakoś przeczekać kolejny dzień. Znacie, to posłuchajcie? Przez kilkanaście stron wydaje się, że Pilch chce dać wariację na temat wątków dobrze już znanych, że jego bohater, starzejący się pisarz, trochę alkoholik, trochę erotoman, raz jeszcze wyruszy na łowy, by sprawić sobie urodzinowy prezent. Ale wystarczy spotkać pod sklepem pijaczków, którzy przeglądają swoje teczki z IPN, odebrać SMS z zaproszeniem od demona, by tonacja się zmieniła, narracja wzięła zaskakujący wiraż. Świat osunie się w sen, a raczej w koszmar, przed którym nie broni ani dotyk kobiecych ust, ani kielich gęstego samogonu. Nie ma wyjścia, trzeba zacząć dantejską wędrówkę przez piekło. Własne. I polskie.

Bywać u Szatana


"Bywanie u Szatana, które wpierw uchodziło za hańbę, stopniowo zaczęło uchodzić za świadectwo pozbawionej uprzedzeń odwagi" - to zdanie o sile aforyzmu opisuje nie tyle nawet polityczną, co towarzyską, a zarazem jakoś dogłębnie polską, rzeczywistość.

Narrator trafia na bal do podwarszawskiej posiadłości Beniamina Bezetznego, który błyskotliwie mówi, "że graniczy z Polską" (czy nie dotykamy tu prawdy o naszej złożonej więzi z "tym krajem"?) i nie sposób nie domyślić się, że pierwowzorem gospodarza jest Jerzy Urban. Ekscentryk nad ekscentrykami? Swawolnik nad swawolnikami? Raczej: "Diabeł wcielony albo Szatan we własnej osobie". Wśród jego gości na współczesnym oszalałym "Weselu" kłębią się Doda i matka Polka, weteran opozycji i Kazimierz Mijal, wygrzebany z zapomnienia polski maoista, "ślepy generał na czele martwej armii" i facet obwieszony fotografiami pomordowanych księży, komuniści i Żydzi, kapłani, którzy zrzucili sutanny, i esbecy, "Solidarność" i Targowica, duch starego Kubali i duch Czesława Miłosza, żywi i umarli - mieszając się niczym w melodii splatającej "Międzynarodówkę", "Boże, coś Polskę" i Żannę Biczewską. A poza żywopłotem ogrodów, poza murami oblężonej twierdzy czekają, jak barscy konfederaci, tyleż niezłomni, co fantasmagoryczni Polacy, którzy na gród diabła chcieliby uderzyć ze śpiewem na ustach: "Jeszcze Polska nie zginęła, i zginąć nie może, bo Ty jesteś sprawiedliwy, o Wszechmocny Boże".

Jednak zamiast rzezi będzie tylko mecz piłkarski, a rachuby na Bożą sprawiedliwość pobrzmiewają ułudą, gdyż Jego obecności potwierdzić nie sposób. W groteskowej tonacji "Marszu" pojawia się postawione serio pytanie, czy istnieje jakiś ponadludzki porządek, czy też raczej jesteśmy sami - z naszym strachem i szaleństwem. Biesiadnik Bezetznego chętnym oczkiem rzuca na śpiewającą cycatkę, podjada kiełbasę serwowaną przez tresowane niedźwiedzie, ale w barokowej orgii obrazów pisarz przemyca też fragmenty o innej tonacji.

Znalezienie języka potrafiącego unieść religijny kryzys może stać się punktem wyjścia do kolejnej książki Pilcha, tymczasem oniryczny język majaku doskonale mu służy do opisania naszej widmowej rzeczywistości, którą rządzą wielkie trupy. I Karol Wojtyła, gdy jego kult w sarkastycznym wyolbrzymieniu daje zaczątek jakiejś nieśmiałej herezji, i ów niedoszły nieboszczyk, którego Bezetzny od lat ukrywa w lochach. Stanisław Pyjas? Ksiądz Jerzy? Fundament polskości może się zapaść, gdy zabraknie męczeńskiej krwi. Żadnemu z obozów, żadnej z postaci Pilch nie przypisuje tu uniwersalnej racji, wszystkich spowija żółty obłok uporczywych manii, wszyscy - absurdalni i umęczeni, groteskowi i tragiczni. Z polskiego zaklętego koliska trzeba uciec.

Tylko dokąd?

Ostatnia szansa na miłość

Ryzykując i dociskając sentymentalny pedał, można powiedzieć, że bohater znalazł się w chwili, gdy życie ma dla niego być może już tylko jedną ostatnią szansę na prawdziwe, nieskłamane bycie z kimś, na - mówiąc najprościej - miłość; gdy zaczyna samemu sobie się przyznawać, że "resztkami cynizmu, ostatkami ironii i pozorami instrumentalizmu maskuje rozpacz i tęsknotę". Od dawna było wiadomo, że język erotyki w książkach Pilcha jest tyleż jakoś zakotwiczony w osobistym świecie pisarza, co służy mu jako pojemny wehikuł mieszczący różne treści. W "Marsz Polonia" nie przeziera czy prześwituje zza niego, ale doskonale jest już widoczna ukrywana pod nim groza, obsesja kurczącego się czasu. Bardziej wprost już przecież powiedzieć nie można: "Zaraz po pięćdziesiątce czas teraźniejszy przestał istnieć, miesiące, które dawniej składały się z czterech tygodni, teraz trwały kilka godzin. Zaczął się pęd niewiarygodny, w listopadzie czerwiec był za pasem, w czerwcu - grudzień. Ledwo przechodził Nowy Rok, była Wielkanoc; lipcowe upały zwiastowały lutowe śniegi; wodór nie nadążał za węglem, węgiel za azotem, azot za tlenem; każdego ranka budziłem się ze ściśniętym sercem i absolutną pewnością, że obojętnie, ile jeszcze będę żył: rok, dwa, dziesięć, czterdzieści, sześćdziesiąt, sto, sto pięćdziesiąt pięć - obojętne ile - śmierć i tak jest tuż-tuż. (...) Stąd szalona pogoń za babami? Chwila rozpinania bluzki na czyichś stromych piersiach jaka jest, taka jest, ale nie jest chwilą strachu przed śmiercią".

Życie po śmierci?


A może wszystko to, co spotyka bohatera książki od chwili, gdy dostaje diabelskie zaproszenie, dzieje się już po śmierci? Przecież graniczące z posiadłością Bezetznego gospodarstwo wielkie niby szlachecki zaścianek to świat umarłych, który raz po raz rozpada się w próchno, pokrywa pleśnią, by po chwili znów ożyć, jakby z mozołem wydobywany z głębin pamięci. To niezbadane miejsce, po którym wędruje się za porzuconym w dzieciństwie jednookim kotem, skrzywdzonym Głupielokiem, któremu można wyznać: "Wiedziałem, że jak umrę, będziesz moim przewodnikiem po zaświatach".

Podążająca za językiem materia tej książki jest niczym barokowa aria, w którą zapadamy się bez końca, w której pragniemy zamieszkać. Przepełniona muzyką - i dzięki epizodycznym bohaterkom, i dzięki nawiązaniom do Bacha, Haendla czy Vivaldiego, i dzięki przeświadczeniu, że muzyka jest jakimś dostępnym nam dowodem istnienia Boga, i wreszcie dzięki konstrukcji frazy, melodii tekstu - daje wrażenie narkotycznej gęstości, w której ład doskonale spotyka się z tajemnicą.

Czy zatem Czarna Fiakierka, która w finale zabiera bohatera do swojej bryczki, jest miłosnym wyzwoleniem, kobietą, z którą spędzi on resztę życia, znajdując ratunek przed strachem? Czy śmiercią, która uwiezie go w pustkę?

Chciałoby się napisać, że w stukocie kopyt ciągnących bryczkę koni słychać kastaniety apulijskiej tarantelli leczącej z pajęczych ran i melancholii albo te grzechotki z "Rinalda" w nagraniu Rene Jacobsa, gdy syreny śpiewają, że szczęście zna tylko ten, kto kocha i jest kochany. Ale może nad ich nieśpiesznym krokiem rozciągnięty jest niczym całun ciemny kryształ głosu Anne Sofie von Otter, która jako Haendlowski Ariodante w zapierającej dech w piersiach, wstrzymującej na 12 minut życie arii mówi nam o drodze w objęcia śmierci: "Lo tradito a morte in braccio / Per tua colpa ora men vo...".

www.dziennik.pl

Wasze komentarze Dodaj komentarz

Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.

Brak komentarzy.