Diary of the Dead
2008-03-31 12:20:16
Aktualizacja: 2008-03-31 12:20:41
Jedna z najbardziej kultowych serii horrorów powraca do kin. Nie chodzi jednak o kolejną część „Piły” ani o Freddiego Krugera, ale o sagę George’a A. Romero o żywych trupach. Od ubiegłego piątku w kinach możemy oglądać „Diary of the Dead” – piąty film amerykańskiego mistrza grozy o zombie atakujących ludzi.
Fabuła „Diary of the Dead” rozgrywa się równolegle do pierwszego filmu „Noc żywych trupów” z 1968 roku. Warto więc na chwilę wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie początki serii, która na zawsze zmieniła gatunek horroru.
Kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych pochodzący z Pittsburgha reżyser reklam telewizyjnych razem z grupą znajomych postanowił zrealizować film grozy, nie domyślał się nawet, jak istotna będzie to produkcja. „Noc żywych trupów” zmieniła wyznaczniki gatunku. Po raz pierwszy w historii widz horroru nie czuł się w kinie bezpiecznie. Do legendy przeszły pierwsze pokazy filmu, na których widzowie o słabych nerwach nie tylko się bali, ale także płakali… z niemocy. Dlaczego? W „Nocy…” nie było bowiem głównego bohatera, który uporałby się z przeciwnikami. Zło atakowało ludzi bez konkretnej przyczyny, w dodatku nie było przed nim ucieczki. Nikt z usiłujących schronić się przez hordą zombie nie pozostał żywy. W dodatku w filmie znalazło się miejsce na nieobecną do tej pory w horrorach krytykę społeczną i polityczną. Nie bez znaczenia jest tutaj data pojawienia się filmu. Koniec lat sześćdziesiątych to przecież czas ostrej krytyki wobec wojny w Wietnamie. Dlatego też „Noc żywych trupów” oddawała ogólnospołeczne poczucie niepewności oraz niemocy w stosunku do tragedii mających miejsce na wojnie.
Wyprodukowany za śmieszną, nawet jak na owe czasy, sumę 100 tysięcy dolarów film, zarobił przez lata 40 milionów. Był także zwiastunem nowej epoki horrorów, który przyniósł cały szereg kontynuacji. Choć pierwszym filmem o zmarłych powracających do życia jako zombie był młodszy o ponad trzydzieści lat „Biały zombie”, to w świadomości widzów właśnie produkcja Romero pozostała tą najważniejszą.
Żywe trupy wracały na ekran wskrzeszane przez wielu twórców. Powstawały liczne parodie i remaki. Bardziej komediowy niż przerażający „Powrotów żywych trupów” doczekał się aż pięciu części. Swoją „wariację na temat” zaproponowali też m.in. Włosi („Erotic Nights of the Living Dead”) i Anglicy (doskonała krytyka społeczeństwa konsumpcyjnego w „Wysypie żywych trupów”). Ale to tylko kropla w morzu produkcji z tytułem „…Living Dead”.
Do swojego ulubionego tematu Romero powracał trzykrotnie. Najpierw w „Świcie żywych trupów” (1978 r.), potem w „Dniu żywych trupów” (1985 r.) i „Ziemi żywych trupów” (2005 r.). W każdym z nich pojawiały się elementy dobrze znane z pierwowzoru, w tym krytyka sytuacji społeczno-politycznej. Nie zawsze jednak były to udane produkcje. Kiedy wydawało się, że nakręcony trzy lata temu film będzie ostatni w serii, powstał jeszcze jeden.
„Diary of the Dead” to powrót do korzeni. Nie tylko tematyka i czas akcji wiążą się z pierwszą częścią. Budżet filmu, podobnie jak w pierwszej części, też był niewielki. Nowa odsłona „żywych trupów” opowiada o studentach szkoły filmowej, którzy kręcą horror o atakującej ludzi mumii. W trakcie zdjęć w odludnym lesie okazuje się, że okolica jest przepełniona ożywionymi zwłokami. Jak nie trudno się domyśleć, zombie stają się prawdziwymi bohaterami kręconego filmu i atakują ekipę. Młody reżyser produkujący horrory postanawia zachować dla potomnych prawdziwe wydarzenia na taśmie. Fakty przekazywane przez media nie są bowiem do końca zgodne z rzeczywistością...
Romero, odwołując się w swojej najnowszej produkcji do horroru paradokumentalnego, który zapoczątkował „Blair Witch Project”, wszedł na cienki lód. Ostatnio w tej samej konwencji oglądaliśmy „Cloverfield”, o którym pisałem kilka tygodni temu, a już niedługo na ekrany trafi hiszpański „[•REC]”. Warto wspomnieć też o utrzymanym w konwencji dokumentu brytyjskim filmie „The Zombie Diaries”. Amerykański reżyser doskonale wykorzystał ofiarowane mu przez ten gatunek możliwości. „Odnaleziona taśma” z atakiem zombie zakrawa na autentyczną. Dzięki dokumentalnemu stylowi udało się także świetnie dozować napięcie i w kilku momentach nieźle nastraszyć widza. A przecież o to w horrorach chodzi.
Ten surowy i żywy film pokazuje, że w prawie siedemdziesięcioletnim już twórcy wciąż jest mnóstwo energii. A młodsi filmowcy mogą się od niego uczyć.
Radosław Folta - RGFM
Fabuła „Diary of the Dead” rozgrywa się równolegle do pierwszego filmu „Noc żywych trupów” z 1968 roku. Warto więc na chwilę wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie początki serii, która na zawsze zmieniła gatunek horroru.
Kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych pochodzący z Pittsburgha reżyser reklam telewizyjnych razem z grupą znajomych postanowił zrealizować film grozy, nie domyślał się nawet, jak istotna będzie to produkcja. „Noc żywych trupów” zmieniła wyznaczniki gatunku. Po raz pierwszy w historii widz horroru nie czuł się w kinie bezpiecznie. Do legendy przeszły pierwsze pokazy filmu, na których widzowie o słabych nerwach nie tylko się bali, ale także płakali… z niemocy. Dlaczego? W „Nocy…” nie było bowiem głównego bohatera, który uporałby się z przeciwnikami. Zło atakowało ludzi bez konkretnej przyczyny, w dodatku nie było przed nim ucieczki. Nikt z usiłujących schronić się przez hordą zombie nie pozostał żywy. W dodatku w filmie znalazło się miejsce na nieobecną do tej pory w horrorach krytykę społeczną i polityczną. Nie bez znaczenia jest tutaj data pojawienia się filmu. Koniec lat sześćdziesiątych to przecież czas ostrej krytyki wobec wojny w Wietnamie. Dlatego też „Noc żywych trupów” oddawała ogólnospołeczne poczucie niepewności oraz niemocy w stosunku do tragedii mających miejsce na wojnie.
Wyprodukowany za śmieszną, nawet jak na owe czasy, sumę 100 tysięcy dolarów film, zarobił przez lata 40 milionów. Był także zwiastunem nowej epoki horrorów, który przyniósł cały szereg kontynuacji. Choć pierwszym filmem o zmarłych powracających do życia jako zombie był młodszy o ponad trzydzieści lat „Biały zombie”, to w świadomości widzów właśnie produkcja Romero pozostała tą najważniejszą.
Żywe trupy wracały na ekran wskrzeszane przez wielu twórców. Powstawały liczne parodie i remaki. Bardziej komediowy niż przerażający „Powrotów żywych trupów” doczekał się aż pięciu części. Swoją „wariację na temat” zaproponowali też m.in. Włosi („Erotic Nights of the Living Dead”) i Anglicy (doskonała krytyka społeczeństwa konsumpcyjnego w „Wysypie żywych trupów”). Ale to tylko kropla w morzu produkcji z tytułem „…Living Dead”.
Do swojego ulubionego tematu Romero powracał trzykrotnie. Najpierw w „Świcie żywych trupów” (1978 r.), potem w „Dniu żywych trupów” (1985 r.) i „Ziemi żywych trupów” (2005 r.). W każdym z nich pojawiały się elementy dobrze znane z pierwowzoru, w tym krytyka sytuacji społeczno-politycznej. Nie zawsze jednak były to udane produkcje. Kiedy wydawało się, że nakręcony trzy lata temu film będzie ostatni w serii, powstał jeszcze jeden.
„Diary of the Dead” to powrót do korzeni. Nie tylko tematyka i czas akcji wiążą się z pierwszą częścią. Budżet filmu, podobnie jak w pierwszej części, też był niewielki. Nowa odsłona „żywych trupów” opowiada o studentach szkoły filmowej, którzy kręcą horror o atakującej ludzi mumii. W trakcie zdjęć w odludnym lesie okazuje się, że okolica jest przepełniona ożywionymi zwłokami. Jak nie trudno się domyśleć, zombie stają się prawdziwymi bohaterami kręconego filmu i atakują ekipę. Młody reżyser produkujący horrory postanawia zachować dla potomnych prawdziwe wydarzenia na taśmie. Fakty przekazywane przez media nie są bowiem do końca zgodne z rzeczywistością...
Romero, odwołując się w swojej najnowszej produkcji do horroru paradokumentalnego, który zapoczątkował „Blair Witch Project”, wszedł na cienki lód. Ostatnio w tej samej konwencji oglądaliśmy „Cloverfield”, o którym pisałem kilka tygodni temu, a już niedługo na ekrany trafi hiszpański „[•REC]”. Warto wspomnieć też o utrzymanym w konwencji dokumentu brytyjskim filmie „The Zombie Diaries”. Amerykański reżyser doskonale wykorzystał ofiarowane mu przez ten gatunek możliwości. „Odnaleziona taśma” z atakiem zombie zakrawa na autentyczną. Dzięki dokumentalnemu stylowi udało się także świetnie dozować napięcie i w kilku momentach nieźle nastraszyć widza. A przecież o to w horrorach chodzi.
Ten surowy i żywy film pokazuje, że w prawie siedemdziesięcioletnim już twórcy wciąż jest mnóstwo energii. A młodsi filmowcy mogą się od niego uczyć.
Radosław Folta - RGFM
Dodaj do ulubionych
Startuj z nami
















Drukuj
Wyślij

Wasze komentarze
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.Brak komentarzy.