Polskie łzy Syberii
„Przywykniecie, a jak nie... to zdechniecie” – to cytat z filmu dokumentalnego „Zapomniana Odyseja” Jagny Wright i Anety Naszyńskiej, który doskonale opisuje dolę polskich zesłańców na Syberii.
Projekcja filmu odbyła się w niedzielę w polskim kościele na Devonii. Była pierwszym z cyklu spotkań, których celem jest przybliżanie młodym, współczesnym emigrantom tych wydarzeń z polskiej historii, które przez lata były fałszowane i przemilczane. Organizatorami odbywających się co 2 miesiące spotkań jest Polska Misja Katolicka w Anglii i Walii.
W niedzielnej imprezie pod hasłem „Polskie łzy Syberii” wzięli udział byli „Sybiracy”, wśród których znaleźli się m.in. Andrzej Polniaszek, Wanda Zwierzyńska oraz Józef Szumski. W wypełnionej po brzegi sali kościoła na Devonii dzielili się swoimi wspomnieniami z uczestnikami spotkania. Gościem specjalnym była Irena Anders, wdowa po generale Władysławie Andersie.
Prochem na czole
Film „Zapomniana Odyseja”, który zaprezentowano na początku spotkania, wstrząsnął wszystkimi. Jego bohaterowie opowiadali o swoich przeżyciach i tragediach, związanych z zsyłką na Syberię. Jak się jednak okazało, Sybir to nie tylko rok 1940. Polaków już XVIII wieku zsyłano w ten specyficzny rejon świata o powierzchni blisko 12 milionów kilometrów kwadratowych. Rozbiory Polski, Targowica, Powstanie Kościuszkowskie, Listopadowe i Styczniowe – przy każdym z tych wydarzeń znaleźć można wzmianki o masowych wysiedleniach na Sybir.
Doświadczył ich m.in. wspomniany podczas niedzielnego spotkania Aleksander Sochaczewski (ur. 1843), który jako 18-latek został skazany za działalność „antycarską”. W ostatniej chwili cudem uniknął kary śmierci, którą, zamieniono na 22 lata pracy w kopalni soli na Syberii. Późniejszy zbieg okoliczności sprawił, że zamiast wydobywać sól, nakazano mu uczyć córkę komendanta obozu... malować. Z czasem Sochaczewski opuścił obóz. Zmarł w wieku 80 lat, w Wiedniu. Dziś około 130 jego prac można oglądać w słynnym Pawilonie X Cytadeli Warszawskiej.
Jednak wielu z 1,7 miliona Polaków wysiedlonych w 1940 roku od Uralu po Ocean Spokojny, nie podzieliło losu Sochaczewskiego. Wielu, których zesłano tam dożywotnio, szybko umierało, nie mogąc przystosować się do niezwykle surowych warunków „życia” i katorżniczej pracy. Niewiele dziś osób wie, że deportowani na Sybir nosili na czołach wytatuowane słowo „KAT” (od rosyjskiego słowa „katorżnik”), które wycinali im strażnicy obozu, po czym w otwarte rany wcierali proch strzelniczy.
Tragedie związane z zsyłkami nie dotyczyły tylko dorosłych Polaków. Najbardziej wstrząsające są historie związane z dziećmi. One też trafiały do obozów na Syberii. Wystarczy wspomnieć, że ich masowe deportacje miały miejsce między 21 a 23 czerwca 1941 roku. Rosjanie wywozili je tam po to, by wychować je w duchu „sowieckiego patriotyzmu”. Te dzieci nigdy nie wróciły do swoich bliskich. Podczas niedzielnego spotkania byli zesłańcy podkreślali jedno: „Wiara w Boga trzymała nas przy życiu. Kto stracił wiarę w Boga i w siebie, umierał w ciągu kilku dni”.
Powrotu nie było!
Punktem zwrotnym w historii każdego Sybiraka miał być rok 1941, kiedy to hitlerowskie Niemcy napadły na Związek Radziecki. Polscy więźniowie uzyskali amnestię, a generał Władysław Anders dostał zgodę Stalina na utworzenie polskiej armii. Paradoksalnie, władze ZSRR potrzebowały dodatkowych sił do walki ze wspólnym już wtedy wrogiem. Ci, którzy przeżyli zesłanie dołączyli do Andersa i stworzyli tzw. Drugi Korpus. Poprzez Iran trafili na front w Afryce i we Włoszech. Niewielu pamięta dziś, że to właśnie Armia Andersa zdobyła Monte Casino. To właśnie dwa dni po bitwie Irena Anders po raz pierwszy wykonała tak dobrze dziś znaną pieśń „Czerwone maki na Monte Casino”.
Po śmierci generała Andersa jego żołnierze zostali skazani sami na siebie. To on, tworząc armię, dał im wiarę w przyszłość i nowy sens życia. Generał Anders zmarł 16 lat po bitwie o Monte Casino. Jego żołnierze, którzy przeżyli wojnę nie byli jednak uznawani za bohaterów. Po demobilizacji większość z nich osiedliła się w Wielkiej Brytanii. W sumie zamieszkało tu około 250 tysięcy Sybiraków.
Do socjalistycznej Polski nie mieli powrotu – tam czekał ich wyrok śmierci, a w „najlepszym” przypadku – więzienie.
W Londynie do dziś mieszka także Irena Anders, która wciąż wspomina męża jako „cudownego i troskliwego, kochającego ojca, uwielbiającego życie człowieka, a przede wszystkim patriotę, który cierpiał równie mocno tak walcząc o słuszną sprawę, jak i nie mogąc wrócić do swojego rodzinnego kraju”.
Cel niedzielnego spotkania był jeden: pokazać młodemu pokoleniu prawdziwą historię, o której często nie ma właściwego wyobrażenia. Ważne było także, by wspólnie znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego żołnierze Andersa nie wrócili do Polski. Riposta, choć bardzo prosta, zawsze będzie niezrozumiała dla każdego, kto nie stanął twarzą w twarz z tymi, co przeżyli Sybir. Niestety „oni nie mogli i nie mieli, do czego wracać”.
Filip Cuprych - Goniec Polski
Dodaj do ulubionych
Startuj z nami
















Drukuj
Wyślij

Wasze komentarze
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.Brak komentarzy.