Szanujemy ludzi pracy
Hip-hopowa grupa Molesta Ewenement na kilka dni pojawiła się w Wielkiej Brytanii. Muzycy zagrali w angielskim Peterborough i walijskim Bristolu.
Wojciech Rynkiewicz: Czym różnią się koncerty grane przez Molestę Ewenement w Polsce i za granicą, na przykład w Anglii?
Włodi: Same koncerty są raczej podobne. Zmieniają się tylko sale i miasta, ale wydarzenia są w gruncie rzeczy bardzo do siebie zbliżone. Kiedy graliśmy pierwszy czy drugi raz, to wszystko było dla nas nowe, a teraz to już nie ma dla mnie dużej różnicy.
Pelson: Dla mnie różnica jest diametralna. Jeśli w Polsce gramy na przykład w Tarnowie, to wiadomo, że na sali większość ludzi jest z tego miasta. Dając koncerty na Wyspach, wiemy, że wśród 500-osobowej widowni część pochodzi z Białegostoku, Lublina czy Siedlec.
Ta atmosfera nie jest więc do końca taka jak byśmy chcieli, bo zdarza się, że ludzie zamiast poczuć dobrą atmosferę koncertu, patrzą na przykład co robią inni. Nie mówię, że gdzieś jest gorzej czy lepiej, tylko po prostu inaczej.
W Polsce nowe płyty kosztują 40-60 zł, czyli co najmniej kilka godzin pracy. Tymczasem w Anglii za nowiutki krążek trzeba zapłacić tylko 8-9 funtów. Myślicie, że właśnie to „zabija” polski rynek muzyczny i powoduje, że kwitnie u nas piractwo fonograficzne?
Włodi: Ludzie kopiowali od kiedy powstały przegrywarki, nie tylko dlatego, że nie mieli na to pieniędzy, ale też ze względu na to, że była po prostu taka możliwość. My robimy swoje i nie zastanawiamy się nad tym procederem.
Śpiewacie: „Pomaton, ich kontrakt to dziesięć lat niewoli, wstyd ponad to.” Czy w Polsce ciężko jest się przebić młodym zespołom hip-hopowym?
Pelson: To, czy ktoś się przebije zależy wyłącznie od niego. W Polsce, niestety, wytwórnie śladem wzorców zachodnich nie inwestują w młodych, pomagając im się przebić. U nas wytwórnia ustala po prostu budżet i zespoły mają z tego środki, jednocześnie nie mogąc go przekroczyć.
Vienio: Najlepsza rada dla młodych składów jest taka, żeby po prostu nagrywali. Wtedy uda im się przebić.
Na swoich płytach w kilku miejscach podkreślacie, że nie nagrywacie dla sławy, tylko dla przyjemności. Czy na hip-hopie można się dorobić? Czy z rap-biznesu można wynieść wyłącznie tytułowe „tylko tyle”?
Pelson: To zależy od tego, co każdy rozumie pod pojęciem „dorobić się”.
Włodi: W Polsce charakterystyczne jest to, że jest wiele osób, które nic nie mają z rapu, ale jest też sporo takich, które mają bardzo dużo. Jeśli mówimy o tym w kategorii godnego życia, to rzeczywiście dzięki temu co robimy możemy normalnie funkcjonować.
W 2004 roku uczestniczyliście w szeroko reklamowanej w mediach trasie koncertowej „U ciebie w mieście”. Zrobiliście to dla nowego doświadczenia, popularyzowania hip-hopu czy pieniędzy?
Włodi: Jasne, że zrobiłem to dla pieniędzy. Od sponsora dostaliśmy trochę fajnych ciuchów, a poza tym było to dla mnie bardzo ciekawe przeżycie. Podobne akcje były popularne na Zachodzie już 20 lat temu. To na przykład Run DMCs wypromowali jedną z najbardziej popularnych teraz na świecie marek branży odzieżowej.
Pelson: Powiem od razu, że nie zrobiłem tego dla pieniędzy, bo kasa za udział w tej imprezie była praktycznie żadna. Bardziej ze względu na to, że było to ciekawe wydarzenie, w trakcie którego chcieliśmy wypromować siebie, a sponsor trasy swój produkt.
Generalnie wszystko to, co, gdzie i kiedy graliśmy zależało wyłącznie od nas, dlatego był to dla mnie atrakcyjny projekt. Poza tym organizowali go nasi koledzy.
Na ostatniej Waszej płycie „Nigdy nie mów nigdy” można usłyszeć głos Jamala. Już wcześniej współpracowaliście z artystami reprezentującymi różne gatunki muzyczne – m. in. ze Smolikiem, Lipińskim. Co daje taka kooperacja muzyce, którą tworzycie?
Vienio: Taka współpraca dodaje naszym piosenkom blasku, koloru, pokazuje również inny wymiar hip-hopu. Fajnie, kiedy na scenie pojawia się nowy instrument. Kawałek z Jamalem wypadł naprawdę nieźle.
Maryla Rodowicz, Wilki, Abradab, Wy… Do Anglii zjeżdżają największe polskie gwiazdy, reprezentujące różne style muzyczne. Jest obawa, że polskiego hip-hopu, popu czy reggae łatwiej będzie posłuchać na żywo nad Tamizą niż nad Wisłą?
Włodi: Cieszę się, że polska muzyka trafia na Wyspy, bo ludzie mają tu pieniądze, żeby chodzić na koncerty. Wydaje mi się, że 12 funtów, które trzeba na przykład zapłacić za nasz koncert, nie jest bardzo wygórowane. Dzięki występom artystów znad Wisły rodacy, którzy pracują w Wielkiej Brytanii mogą na chwilę poczuć się, jakby byli u siebie w domu. Godzina czy dwie spędzone na koncercie dają ludziom mieszkającym na obczyźnie trudny do zastąpienia kontakt z Polską.
Pelson: Dla mnie jako hip-hopowca występy na Wyspach to same plusy. To kontakt z inną kulturą, a na dodatek możliwość pozdrowienia naszych przyjaciół z Polski, którzy przychodzą na koncerty Molesty. Czy to Londyn czy Warszawa, dobrej muzyki nigdy nie jest za dużo.
Dziękuję za rozmowę.
Dodaj do ulubionych
Startuj z nami
















Drukuj
Wyślij

Wasze komentarze
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.Brak komentarzy.