Dustin Hoffman uczy kung-fu
Wybitny aktor, siedmiokrotnie nominowany do Oscara i dwa razy nim nagrodzony, któremu nieśmiertelność zapewniły role w "Absolwencie", "Sprawie Kramerów" czy "Rain Manie", w wieku 71 lat po raz pierwszy spróbował pracy nad filmem animowanym. W "Kung Fu Pandzie" użyczył głosu mistrzowi Shifu. Dustin Hoffman, bo o nim mowa, mówi jednak, że sam nigdy nie czuje się mistrzem w swym fachu.
MAGDALENA MICHALSKA: Łatwo było sobie wyobrazić, że jest pan Shifu – czerwoną pandą, która uczy kung-fu inne zwierzęta?
DUSTIN HOFFMAN: Nie trudniej niż wyobrazić sobie siebie w innej roli. Każdy aktor tworzy sobie w wyobraźni portret postaci i to, co widzi publiczność, to on sam przepuszczony przez filtr tego wymyślonego portretu. Wszystko, co jest w Shifu, jest też we mnie. On jest nietolerancyjny, arogancki, apodyktyczny. A na końcu zostaje upokorzony, bo się mylił. Czy to nie jest punkt w życiu, do którego chcielibyśmy dojść? Zmierzyć się ze swoimi dawnymi błędami. O żadnej swojej roli nie mogę powiedzieć: to tylko postać, ja nie mam z tym nic wspólnego. Renoir po tym jak zrobił "Reguły gry" powiedział genialną rzecz: "Nie musisz wszystkiego wiedzieć, kiedy produkujesz, reżyserujesz czy grasz. Po prostu włóż w film to, co wiesz, co czujesz, a publiczność będzie twoim współautorem, oni dopełnią twoje dzieło". Uchwycił esencję.
Więc praca nad animacją była zbliżona do pracy na zwyczajnym planie?
Też mnie filmowano, gdy nagrywałem swoje kwestie i dla ułatwienia trochę sobie podgrywałem. Potem dopasowywano mimikę animowanej postaci do mojej. Ale zdradzę sekret: coś im się pomieszało i nałożyli mimikę Angeliny Jolie na postać graną przez Jacka Blacka. No i zaskoczyło mnie, że nad animacją pracuje się tak długo. Przymiarki do zrobienia "Kung Fu Pandy" pojawiły się dziewięć lat temu, a zdjęcia trwały cztery lata! Angelina i ja podejrzewaliśmy, że to tyle trwa, bo ludzie ze studia są w kółko pijani. Ale nie, oni są tylko opóźnieni. Z animatorami jest jak z kobietą wychodzącą za mąż. Traktują cię jak powłokę, którą można wypełnić czym dusza zapragnie.
Jaki jest pana stosunek do nowych technologii w filmie?
Mam nadzieję, że kiedyś wygenerują nas wszystkich pięknych i młodych w komputerze, wtedy znów będę mógł grać same główne role. Już nie mogę się doczekać! Zrobię "Absolwenta 2"!
Myślał pan o sobie jako o mistrzu? W „Kung Fu Pandzie” jest pan wybitnym wojownikiem, ma pan uczniów. Wielu młodszych aktorów jest w pana zapatrzonych. Jest pan ich guru.
Nie chcę być guru. Nigdy! Nie rozumiem, kiedy ludzie mówią, że nauczyli się swojego fachu. Myślę, że zawsze pozostajesz uczniem, jeśli idzie o pisanie, malowanie czy aktorstwo. Twoje życie jest codziennie inne, więc dlaczego praca miałaby pozostawać taka sama?
Czy dla aktora z pana pozycją ważna jest równowaga między wielkimi produkcjami a małymi projektami, w które angażuje się pan ze względów artystycznych?
Z wiekiem zmieniłem kryteria doboru ról. Kiedy zrobiłem „Absolwenta”, proponowano mi same główne role, mogłem dobierać sobie reżyserów i słuchano mojego zdania w sprawie scenariusza. Mogłem przebierać w ofertach, wycofywać się z projektów. Jednak trudno znaleźć film, który spełni wszystkie te warunki. Nie raz moja żona zachęcała mnie: bierz to, nie studiuj scenariusza, nie zastanawiaj się, jak będzie. Co do wielkich budżetów: gdybym był teraz 30-latkiem, pewnie musiałbym być jeszcze bardziej wybredny. Bo to, co teraz nazywamy małymi artystycznymi produkcjami, za moich czasów robiono w wielkich studiach. To chyba największa rewolucja w świecie filmowym, jaka dokonała się za mojego życia. Dawniej nikt nie pytał siebie, czy chce robić dobry czy kasowy film. Nie wiem, co bym zrobił na miejscu moich młodszych kolegów, bo kto chce grać w ambitnym projekcie, który nigdy nie znajdzie dystrybutora?
Wielu aktorów z pana pokolenia zaczęło reżyserować filmy. Czy wciąż pozostanie pan przy graniu?
Nie tylko z mojego pokolenia. Myślę, że George Clooney odwalił kawał dobrej roboty w „Syrianie”. Tak, chciałbym reżyserować. W dodatku zdarza się, że oglądam znakomity film i mówię jego twórcom, że żałuję, że mnie nie poprosili do tej roli, a oni odpowiadają, że długo próbowali się ze mną skontaktować, ale agent kazał im spadać…
Czy myśli pan, że Hollywood doczeka się jeszcze kiedyś takiej rewolucji, jaką zrobiło pana pokolenie?
Panowały wtedy specyficzne warunki, telewizja nie była tak odważna jak teraz. Tylko w kinie można było dotknąć rzeczywistości. I mieliśmy znakomite wzory. Moje pokolenie było wpatrzone w Brando, którego gra był bardziej niż naturalna, bardziej niż osobista, wbijała nas w fotele. Ale nie wiem, czy mogłoby zaistnieć w zderzeniu z reality show w telewizji. Może ludzie nie chcieliby już teraz Brando. Nie wiem, kiedy zaszła zmiana, bo my wciąż próbujemy robić takie kino. Film nie przeszedł takiej rewolucji, jaka możliwa jest na przykład w malarstwie: nie przeskoczyliśmy od jeleni na rykowisku do kubizmu. Może w animacji jest przyszłość kina. Ponieważ realistyczne kino już nie wygra, mając za konkurenta telewizję. Być może trzeba będzie łączyć aktorskie występy z pracą animatora i to da jakąś nową jakość?
Wini pan telewizję za zepsucie rynku filmowego?
Nie do końca. Telewizja robi wiele złych rzeczy. Na przykład przytłacza nas nieszczęściem do tego stopnia, że stajemy się nieczuli. Niedawno miałem taki przypadek. Oglądałem wiadomości o trzęsieniu ziemi w Chinach, widziałem straszną tragedię, było mi przykro i kibicowałem ratownikom, którzy szukali osób uwięzionych pod gruzami, ale nie dotykało mnie to osobiście. Potem przyszedł do mnie dziennikarz z Chin. Zapytałem go, czy wie o wszystkim. Odpowiedział, że jest z tego regionu, który dotknęło trzęsienie ziemi, a kiedy to się stało, był w samolocie, leciał do mnie. Wtedy przeszły mnie ciarki. Chciałbym, żeby telewizja potrafiła tak działać na nasze uczucia.
Rozmawiała Magdalena Michalska
Dodaj do ulubionych
Startuj z nami
















Drukuj
Wyślij

Wasze komentarze
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.Brak komentarzy.