Anglia wchodzi w grę
„Czasem myślę sobie, że jeżeli Euro 2012, które jest dla Polski ogromną szansą, nie wyjdzie, to czeka mnie emigracja do Londynu, bo dłużej tego nie zniosę” – przyznaje Tymon Tymański w rozmowie z Goniec.com.
Tymon Tymański to niemal artysta renesansowy. Muzyk grający yass i rock, piszący kompozycje do filmu – za płytę „Wesele” otrzymał kilka wyróżnień, w tym nagrodę Polskiej Akademii Filmowej Orzeł 2005. Jest też dziennikarzem i felietonistą. Występuje w telewizji i prowadzi wytwórnię muzyczną Biodro Recodrds. Przy tym jest człowiekiem niezwykle kontrowersyjnym, wygłaszającym swoje poglądy bez skrępowania. Ta bez wątpienia jedna z najciekawszych postaci polskiej sceny muzycznej trzeci rok z rzędu koncertuje w Londynie, tym razem z Yass Ensemble. O braku wolnego czasu, musicalu „Polskie gówno”, płycie „Free Tibet” oraz o miłości do Johna Lennona Tymański mówił „Gońcowi Polskiemu” przed koncertem w klubie Cargo.
Radek Folta: Grasz w kilku zespołach, komponujesz muzykę do filmu, prowadzisz program telewizyjny „Łossskot”, piszesz felietony, koncertujesz. Czy przy tylu zajęciach masz jeszcze czas na życie osobiste?
Tymon Tymański: O to należałoby zapytać moją rodzinę, ale to prawda, za dużo się ostatnio zaczęło dziać. O brak czasu obwiniam program „Łossskot”. Przedtem wszystko było w porządku. Prawie dwa lata temu pojawiła się propozycja z TVP 1, żeby robić program kulturalny. Po tym moje życie przestało wyglądać jak dawniej. Program zabiera mi 10 dni w miesiącu plus dojazdy i wyjazdy. Często po skończonym nagraniu jadę na koncerty do Rybnika, Gliwic czy w inną część kraju, po czym wracam w niedzielę do domu na pół dnia. Ten czas spędzam z rodziną. Jako gratyfikację biorę ich na obiad, do kina, na spacer. Zaniedbałem nie tylko rodzinę, ale też muzykę. Płytę „Free Tibet”, którą nagrywam z Yass Ensemble, usiłuję skończyć od dwóch lat.
Praca w telewizji ma też swoje dobre strony. Nie mówiąc już o aspekcie promocyjnym, dostaję pieniądze i mogę je inwestować w moją wytwórnię płytową i wydawać te kapele, które chcę. Mogę pomóc swoim kolegom. Zacząłem wydawać młode zespoły, zewsząd, z Gdańska, ze Śląska, z Warszawy. Pozbierałem także kilka swoich płyt z różnych wydawnictw. Zarobioną kasę od razu wydaję na wytwórnię. To niezwykle przyjemne uczucie, kiedy wchodzę do sklepu muzycznego i widzę na półkach płyty – nie tylko swoje. Nie wiem jak dalej z tym będzie. To właściwie pytanie o polski rynek muzyczny. Mam pewne pomysły wydawnicze w związku z Anglią i Niemcami. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. To jeszcze kwestia roku, kiedy „Łossskot” się skończy i jakoś opanuję sytuację z brakiem czasu.
Dużo narzekasz na polski rynek muzyczny, na polskie „bagienko”, którego masz dość. Nie przyszło ci do głowy, aby zebrać manatki i pojechać robić muzykę do Stanów Zjednoczonych albo do Anglii?
Anglia na pewno wchodziłaby w grę. Ale ponieważ mieszkam w Polsce, piszę musical o tym, co jest mi najbliższe („Polskie gówno” to powstający film-musical autorstwa Tymańskiego – przyp. red). Gdybym urodził się w Austrii i usłyszał o „potworze z piwnicy”, to na pewno napisałbym musical „Austriackie gówno”. Myślę, że jest też „Angielskie gówno”, „Niemieckie gówno”, a jeżeli chodzi o „Amerykańskie gówno” jest tego pewnie tak dużo, że jest to nieznośne. W Polsce jest naprawdę bardzo dużo rzeczy świetnych, wartościowych, ale piszemy o tych, które nas bolą, bo liczymy że coś się zmieni. Jest kilka nieprzyjemnych aspektów, które nie dotyczą wspaniałych ludzi, pięknych pól i lasów. Chodzi na przykład o to, że brakuje infrastruktury, nie wiemy, czy uda nam się odpowiednio zorganizować Euro 2012. Stąd właśnie mój pomysł na musical. „Polskie gówno” opiewa nie tyle piękno i inteligencję kobiet i mężczyzn, ale bardziej to, że w Polsce się nic nie udaje. Showbiznes jest po prostu mały, podły, zamknięty. Sam tego doświadczyłem jeżdżąc busem po Polsce, między Bolesławcem i Augustowem, przez 15 lat niczym w zamkniętym więzieniu. Wam, emigrantom, się udało, bo tutaj, w Anglii, sytuacja jest zupełnie inna. Mówimy o kraju, który od stuleci cieszy się z pewnego kontinuum kultury, instytucji, prawa, administracji. Tutaj od 1066 roku, kiedy Wilhelm Zdobywca podbił po raz ostatni Anglię i obsadził na tronie Francuzów na 300 lat, wszystko pracuje jak w zegarku. W Polsce mamy do czynienia z krajem zrabowanym, molestowanym przez zabory, wojny i komunizm. Dlatego mamy rzeczywistość smutną: dresiarską i rozmodloną. To nie przekreśla tego, że kraj jest piękny, że mieszkają w nim piękni ludzie, ale łatwo się w nim nie żyje.
Czasem myślę sobie, że jeżeli Euro 2012, które jest dla Polski ogromną szansą, nie wyjdzie, to czeka mnie emigracja do Londynu, bo dłużej tego nie zniosę.
Nie masz obaw , że tytuł musicalu zostanie ocenzurowany i zostaniesz przy okazji odsądzony od czci i wiary przez polskie środowisko muzyczne, a muzycy z zespołu Kombii przestaną z Tobą rozmawiać, po tym jak przedstawiłeś ich w „Polskim gównie” jako grupę Zombi?
Oni już teraz ze mną nie rozmawiają. A jeżeli chodzi o cenzurę, tu zupełnie się tego nie boję, musical produkuję sam, z Grzegorzem Halamą i Grzegorzem Jankowskim z „Łossskotu”. Ponieważ robimy to za własne pieniądze, o cenzurze nie może być mowy. Innymi słowy: „mogą nam skoczyć”.
To nie jest musical, który będzie opisywał rzeczy nieprzyjemne, bardziej sytuacja śmieszne. I mam nadzieję, że ten ton przeważy nad ciężką krytyką i będzie wesoły niczym „Borat”. Nie obędzie się bez elementów przykrych, ale chcę, żeby treść była na tyle lekka, aby bardziej bawiła niż załamywała. Choć z „Weselem” też było tak niejednoznacznie – nie wiadomo, czy bardziej cieszy, czy załamuje. Wydaje mi się, że artyści typu Krauze czy Smarzowski, muszą opisywać rzeczywistość jaka jest, bo zanim artysta dojdzie do elementu magii zawartego w ludziach czy miejscach, musi się uporać z gównem, sprzątnąć je z powierzchni. To gówno nam zalega. Za trzydzieści lat sytuacja się zmieni i nasze dzieci nie będą miały już z tym problemu.
Przez to, że w Polsce doszło do eksterminacji inteligencji, a do tego pogoniliśmy Żydów, to mamy do czynienia z dresiarzami. Czasami chcemy, żeby Europa nas inaczej postrzegała. My myślimy o sobie jako genetyku, naukowcu, artyście, wrażliwcu, a Europa widzi w nas bandę dresiarzy i bandę Radia Maryja. Nie dziwię się, że oni się tego boją. Bo my nie pamiętamy o tym, kto jest w przewadze u nas w Polsce. Ostatnio widziałem występ grupy teatralnej z Poznania – „Centrala Rybna”. Ci goście robili takie rzeczy, które mnie totalnie bawiły. Patrzyłem na twarze ludzi w Sopocie i to było straszne, bo oni nie wiedzieli, że to żart z nich. Jeszcze dużo wody w Wiśle upłynie, zanim ta sytuacja się zmieni.
W Polsce jest podobnie jak z Czarnymi w Ameryce. Naród został skrzywdzony, nie bez własnej winy, i Polacy myślą, że należą im się łańcuchy na szyjach i BMW. Ten etap kiedyś się skończy, ale obecnie jest bardzo ciężko, bo jest dużo „wiochy”. Nie dziwię się, że artyści biją na alarm.
Mam wrażenie czasem, że zachowujesz się jak doktor Judym i wykonujesz pracę u podstaw. Zamiast uciec z kraju, taplasz się w polskim bagienku, piszesz o nim, mówisz, dyskutujesz, chcesz naprawiać. Czy nie masz wrażenia, że to…
…syzyfowa praca? Trochę tak. Oprócz mnie jest jeszcze kilku innych ludzi, którzy piszą o tym, co ich gryzie, na przykład Kazik Staszewski. Czy to ma sens? Nie wiem. Policzyłem sobie kiedyś, że ja obcuję z jedną tysięczną społeczeństwa. Okazuje się zatem, że poruszam się w pewnej zamkniętej enklawie i nie wiem, o czym mówi reszta kraju. Wychodzę na rynek i słyszę głosy zupełnie inne niż te, które znam z mojej enklawy. Warto wejść do tramwaju czy autobusu i posłuchać o czym mówi pozostała część społeczeństwa – i to jest niezły zaskok. W takich chwilach artysta czuje się złapany za nogi i sprowadzony do parteru – wtedy pojawiają się takie sytuacje jak „Polskie gówno”. Do tego dochodzi showbiznes i media, które też nie ułatwiają sprawy, bo nie pomagają promować rzeczy ważkich, świeżych, oryginalnych. W Polsce jest mnóstwo dobrej muzyki – Mitch & Mitch, Dick 4 Dick, Pink Freud, Janerka, Voo Voo, Izrael – ale tej muzyki nie ma w mediach. Mimo tego, że dziś Brodka czy Maryla Rodowicz sprzedaje 30 tys. egzemplarzy płyty, a Pogodno – 10 tys., to ta część muzyki alternatywnej nie jest ciągle grana w TV czy w radiu. We Francji pięćdziesiąt procent muzyki prezentowanej przez stacje radiowe jest krajowej, pięćdziesiąt – zagranicznej. U nas muzyki polskiej jest trzydzieści procent i gra się ją głównie w nocy. Za tym stoją pewne ruchy legislacyjne, które powodują, że polska kultura jest w odwrocie, nie jest chroniona. Tak samo jest z telewizją. To sprawia, że jesteśmy wasalem Europy i Ameryki i gramy jakiś totalny szajs, pokazujemy szajs w telewizji, pier*****„Idole”, pier***** „Klany”, a działalność oryginalna jest spychana na godziny po północy, łącznie z „Łossskotem”. Dużo osób pyta: „fajny program, ale dlaczego pojawia się dopiero po północy?” Nie mam na to wpływu. Pan Urbański (prezes TVP – przyp. red) mówi mi, że jego syn jest fanem „Łossskotu”. Bardzo mi miło, ale dlaczego nie da tego programu o 18? To są pytania, które ciągle cisną się na usta, ale nie ma na nie odpowiedzi…
Powiedz coś więcej o płycie, którą promujecie teraz na koncertach z Yass Ensemble – „Free Tibet”.
To płyta, którą nagrywałem w kilku składach. Najpierw grał tam saksofonista Marcin Ślusarczyk, potem do zespołu dołączył Alec Korecki, którego znam z czasów, kiedy grał z Tiltem i Young Power. Na tej płycie gra też Antoni „Ziut” Gralak, trębacz, związany z zespołami Yeshe i Graal, grywa też z Maleńczukiem i Waglewskim. Jest sekcja rytmiczna zespołu Pink Freud. Płyta powstaje w bólach, robię ją dłużej niż album „Wesele” z Transistors, który tworzyłem półtora roku. „Free Tibet” nagrywam już dwa lata, trochę ze względu na pracę w telewizji. Kiedy zabieram się za pracę po dwóch, trzech dniach jestem wzywany do TV albo gram koncerty i nie mogę jej skończyć. Dosłownie już jej nienawidzę. Upuściliśmy mnóstwo krwi, a końca nie widać.
Płyta miała powstać już dawno temu, jej tytuł nie ma bezpośredniego związku z ostatnimi wydarzeniami. Jestem buddystą od wielu lat, Gralak jest buddystą tybetańskim, postanowiliśmy to jakoś wyrazić na tym albumie. Okładka autorstwa Macia Morettiego będzie przedstawiała mapę z perforowanym zarysem terytorium Tybetu, które będzie sobie można wyłamać. To jest nasz głosy w tej sprawie. Z tym projektem zagramy m.in. na festiwalu Open'er w Gdyni, na festiwalu poświęconym Tybetowi w Warszawie, planujemy też trasę po Niemczech. I to wiąże się z moimi kolejnymi planami. Po zakończeniu projektu „Polskie gówno”, będę pracował nad „westernizacją” wytwórni Biodro Records, czyli nad tym, aby nasze płyty były dostępne poza Polską.
W ubiegłem roku odwiedziłeś Londyn z Tranzystorsami, jeszcze wcześniej z Brygadą Kryzys, w tym roku pora na Yass Ensemble. Czego możemy spodziewać się za rok?
W tej chwili skupiłem się tylko na dwóch składach: Transistors i Yass Ensemble. Staram się nie rozmieniać na drobne, bo robiłem to całe życie i w tej chwili uważam, że lepsze dla mojej muzyki jest skupienie się na tych dwóch projektach. Przez lata było ich faktycznie za dużo. Na początku miałem dwa główne składy – „Miłość” i „Kury”, ale potem przyszedł moment zachłyśnięcia się wydawaniem płyt i współpracą z różnymi muzykami. To taka naleciałość jazzowa, bo jazzmani mają tendencję do miksowania się w różne składy. Skutek tego jest taki, że mam o kilka płyt za dużo w mojej dyskografii. Owszem, wznawiam Miłość, biorę udział w takich projektach jak Tie Break. Ale moje dwa składy zasadnicze to Transistors, z którymi gram alternatywny rock i Yass Ensemble, grający alternatywny jazz.
Jeden z Twoich ulubionych zespołów to The Beatles. Którym członkiem tego zespołu chciałbyś być?
Najbardziej chciałbym być... sobą. Bo to życie jest mi dane, jestem Polakiem, sam sobie wybrałem ten czyściec. Nieba w Polsce nie ma, ale jak wiadomo, niebo jest nudne, jak widać na przykład w Szwajcarii. Piekło na ziemi jest i to nie w jednym miejscu. Polska to czyściec, dlatego mówimy o polskim gównie, które trzeba wyczyścić, aby dostać się do nieba. To trochę jak czyszczenie stajni Augiasza.
Jeżeli chodzi o Beatlesów, najbardziej czuję się związany z Lennonem. To jest postać, którą często stawiam sobie jako wzór zachowania w pewnych sytuacjach. Mam nawet jego duże zdjęcie u siebie w domu. To taka miłość z dzieciństwa. Zawsze byłem przekonany, że to McCartney wiedzie prym w Beatlesach. Oświecenie przeżyłem, kiedy brat powiedział mi, że „Help” śpiewa Lennon. Wtedy zorientowałem się, że to on był siłą wiodącą w tym zespole, jeżeli chodzi o piosenki zaangażowane i piosenki z duchem. Paul dopóki miał możliwość konsultowania się z kimś, kto też pisze dobre piosenki, miał tę siłę. Gdy zabrakło Lennona, okazało się, że nie potrafi równie dobrze pisać.
Lennon był niezłym gościem – otwarty, wyluzowany, miał umiejętność chwytania w mig esencji problemu. Był niczym Bob Marley, głosem pokolenia, a może nawet kimś więcej. Bardzo trudno jest robić piosenki o pokoju i o miłości, bo trzeba być bardzo dojrzałym. Łatwo śpiewać o prywacie, o traumie i depresji. Jest taki etap w życiu, kiedy człowiek ma 25 lat i widzi tylko swoją dupę. A wieku 35 lat ten człowiek potrafił śpiewać o pokoju na świecie, spojrzeć na to, co się dzieje, z innej perspektywy. Dla mnie Lennon był kimś więcej niż tylko Beatlesem.
Dziękuję bardzo za rozmowę.
Dodaj do ulubionych
Startuj z nami
















Drukuj
Wyślij

Wasze komentarze
Portal Goniec.com nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczonych tutaj opinii i zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy niezgodnych z Netykietą.Brak komentarzy.